Zapomniany slacktivism, czyli cyfrowe formy oporu

Zapomniany slacktivism, czyli cyfrowe formy oporu

Od początku wojny w Ukrainie Polskę ogarnęła zapierająca dech w piersiach mobilizacja. Zaskakująco nie była ona motywowana lękiem, lecz niespotykanym poczuciem solidarności z uciekającymi przed wojną siostrami i braćmi z sąsiadującego państwa. W ciągu kilkudziesięciu godzin magazyny gromadzące pomoc dla uchodźców zostały przepełnione, a przejścia graniczne obstawione samochodami z wszystkich stron kraju. Te nie tylko przewoziły pomoc rzeczową, ale i zabierały ze sobą uchodźców. Podziwu godna jest również otwartość z jaką Polacy gotowi są przyjmować osoby uciekające z Ukrainy do własnych domów. Na tym nie skończyła się jednak narodowa mobilizacja. W chwilę po putinowskiej napaści PKP zrezygnowało z pobierania opłat za przejazdy od osób legitymujących się ukraińskim paszportem, a przewoźnicy autobusowi uruchomili specjalne linie do wschodniego sąsiada. W poszczególnych miastach osoby legitymujące się ukraińskim paszportem mogą korzystać również z darmowego transportu miejskiego.

Być może po raz pierwszy w swojej historii obecna władza bezapelacyjnie stanęła na wysokości zadania, natychmiast potępiając agresję, wyrażając solidarność i wysyłając delegacje do europejskich stolic, by wywrzeć presję na rządy wahające się przed nałożeniem na Rosję wszelkich możliwych sankcji.

W obliczu bezprecedensowego zjednoczenia na bliżej nieokreślony czas zawiesiliśmy waśnie i spory, zapomnieliśmy o różnicach światopoglądowych, które jeszcze tydzień temu jawiły się nieprzenikalną barierą komunikacyjną. I bardzo dobrze, to najlepsze wieści, na jakie możemy liczyć w tym trudnym czasie. Są uskrzydlające i pomagają skupić się na niesieniu pomocy, co korzystnie wpływa także na nasze zdrowie psychiczne, szczególnie nadwątlone przez ostatnie dwa lata.

Musimy jednak pozostać czujni w tym natłoku działań. Władimir Putin przygotowywał swoją ofensywę nie tylko działając zbrojne, ale też prowadząc wojnę hybrydową w dziedzinie informacji. Pamiętamy zakazane wyrokiem sądu hasło o opłacanych przez Kreml fundamentalistach, którzy doprowadzili do zaostrzenia prawa antyaborcyjnego. Nie zapominamy także o wsparciu Donalda Trumpa w wyścigu o fotel prezydencki przez rosyjską dezinformację. Choć wiele dziennikarek, ośrodków badawczych i analityków donosiło o tych zagrożeniach, toczące się w mediach (zarówno tych społecznościowych, jak i tradycyjnych) wojny światopoglądowe, zwykliśmy postrzegać na płytszym poziomie – jako różnice pomiędzy jednostkami żyjącymi w danym kraju. Zaczęliśmy głośno mówić o polaryzacji i podziale naszego społeczeństwa na plemiona posługujące się różnymi systemami wartości. Jak w każdym konflikcie, strony musiały sięgnąć po jakiś rodzaj identyfikacji. Ponieważ spory toczyły się w ogromnej mierze w mediach społecznościowych, oczywistym znakiem odróżniającym od siebie członków poszczególnych plemion stały się nakładki na zdjęcia profilowe.

W połowie ubiegłej dekady modny stał się termin slacktivism, oznaczający zaangażowanie w sprawy społeczne, wyrażane w mediach społecznościowych. Zazwyczaj używano go w kontekście pejoratywnym, twierdząc, że jest to zachowanie powierzchowne i dające złudną satysfakcję. Obawa polegała na tym, że podobne akcje miały stanowić substytut realnego działania.

Choć to słowo zdążyło się mocno przykurzyć, wciąż nie brakuje osób kwestionujących działania w przestrzeni medialnej, czy wręcz je wyśmiewających. Trzeba przy tym przyznać, że sceptycyzm i malkontenctwo to margines postaw prezentowanych w dniach następujących po putinowskiej agresji. Natychmiast po rozpoczęciu inwazji, zdjęcia profilowe większości moich znajomych przybrały żółto-niebieskie barwy. Narzekania na profilowe nakładki pojawiały się tylko w pierwszych godzinach i były niezbyt nasilone. Szybko zaś w social mediach zaroiło się od ofert pomocy, zbiórek, precyzyjnie skonstruowanych przewodników, ofert transportu itp. Nakładki na zdjęcia profilowe okazały się pierwszym odruchem wsparcia, za którym prawie natychmiast poszło realne działanie.

Nie unikając patosu – obserwując mnogość sposobów, na jakie wspieramy sąsiadki i sąsiadów, możemy stwierdzić, że w niesieniu pomocy każdy jest różny, a wszyscy równi. Z każdym pomysłem na akcję przysługującą się sprawie, rośnie potencjał rozwiązywania różnorodnych problemów. To, że te akcje są organizowane w sieci, w żadnym razie nie powinno nas dziwić. Warto za to prześledzić kilka narracji wybijających z medialnego strumienia ostatnich dni.

Maciej Okraszewski z Działu Zagranicznego opublikował na Instagramie ABC obrony przed rosyjską dezinformacją. Udziela rad o sięganiu do dużych, tradycyjnych i prestiżowych mediów, zamiast do kanałów influencerów, czytaniu długich analiz, zamiast krótkich komunikatów oraz podawaniu dalej informacji o pomocy Ukraińcom, zamiast tych o starciach zbrojnych. Te wytyczne faktycznie wydają się być skuteczną obroną przed fake newsami i rozsiewaną paniką. Jednak brzmią również nieco ortodoksyjnie. Rozpowszechnianie ośmieszających Putina memów i potwierdzonych informacji o bohaterstwie Ukraińców z pewnością służy budowaniu morale. Śledzenie sprawdzonych influencerów może zaś dostarczyć informacji o sensownych akcjach pomocowych, albo kolejnych nieoczywistych, acz przydatnych poradników. Choć Okraszewski jest pełnokrwistym dziennikarzem z doświadczeniem w mediach tradycyjnych, jego działalność w podcastach i socialach sprawia, że wypełnia też definicję influencera. Podobnie jak wyjadacz w tej dziedzinie – Krzysztof Gonciarz.

Kreatywne formy pomocy można zaobserwować także w feedach osób zajmujacych się bardziej niszową działalnością. Magda z Krytyki Kulinarnej zmieniła swój profil w tablicę ogłoszeniową dla prowadzących akcje pomocowe gastronomii, a filmujący komunistyczne auta Motobieda zorganizował skup terenówek dla ukraińskich żołnierzy likwidujących dywersantów grasujących na tyłach.

Kolejnym socialmediowym uniwersum jest z kolei zachodni internet edukujący swoich obywateli niebędących, jak Polacy, w bliskim sąsiedztwie wojny. Choć nie sposób zliczyć przykładów głosów wsparcia i szerzenia informacji, na uwagę zasługuję działanie Agathe Russelle. Konto dziennikarki i aktorki (debiutującej w zjawiskowym Titane) stało się pełne ważnych i sprawdzonych linków do zbiórek, transportu i innych form pomocy. Z pewnością dobrze wykorzystany zasięg prawie 30 tys. obserwujących.

Poza mediami społecznościowymi działa natomiast Anonymous, mocno dający się we znaki rosyjskim serwisom. Grupa przyznała się do włamanie do bazy danych rosyjskiego Ministerstwa Obrony. Hakerzy odpowiedzialni są również za włamała do serii państwowych kanałów telewizyjnych, gdzie następnie udostępniali proukraińskie treści.

Zryw hakerów zjednoczonych pod maską Guya Fawkesa wyznacza rytm historii. Dekadę temu, w czasach największej rozpoznawalności, Anonymous brał czynny udział w Arabskiej Wiośnie, atakując serwery reżimów, przeciwko którym występowali obywatele. W latach 2010 i 2011 powstanie w Azji Zachodniej stało się pierwszym rozległym konfliktem, w którym media społecznościowe odegrały znaczącą rolę. Te stały się również główną formą organizacji Occupy Wall Street.

Jednak w dzisiejszych czasach trudno bronić mediów społecznościowych. Te powszechnie są raczej postrzegane jako dystopijny mechanizm niewoli społeczeństwa. Przez wydarzenia pokroju Brexitu czy kolejne informacje jak te, które udostępniła Frances Haugen, odczuliśmy niszczycielski potencjał narzędzia, jakim są algorytmy mediów społecznościowych w niepowołanych rękach. Dziś chcielibyśmy jednak zwrócić uwagę na ich przydatność w jednoczeniu osób o szlachetnych motywacjach.

Widzi ją także Władimir Putin, ograniczający dostęp do Facebooka i wręcz wyłączający Twittera na terenie swojego kraju. Rosja ogłosiła, że zmniejszy dostępność flagowej platformy Meta, po tym jak amerykański gigant mediów społecznościowych odmówił wykonania nakazu władz rosyjskich. Ten miał dotyczyć mechanizmów faktchekingowych i etykiet ostrzegających o treściach związanych z atakiem na Ukrainę, których Facebook nie zgodził się usunąć. Niektórzy doszukują się w tym jednak pretekstu, do ograniczenia zasięgu kanałów informacyjnych niezależnych od Kremla.

Jeśli kogoś mimo wszystko drażnią nakładki na zdjęcia profilowe, mam dla niego dobrą wiadomość – w zeszłym roku ludzie Marka Zuckerberga mocno ograniczyli możliwość ich tworzenia. Oświadczyli, że mogą to robić tylko organizacje zrzeszone w ich centrach informacyjnych. Decyzja ta była motywowana antyszczepionkową propagandą, krytykowano ją zaś za utrudnianie działalności mniejszym organizacjom pozarządowym. Czy tym sposobem Meta zadziałała prodemokratycznie, czy antywolnościowo? To już jednak materiał na zupełnie inny tekst. A tymczasem – Слава Україні!

Tekst: Janek Zagdański