“Welfare Jazz”, czyli krewetki, psy i narkotyczne country

"Welfare Jazz", czyli krewetki, psy i narkotyczne country
Źródło: Soundrive

8 stycznia premierę miał drugi album Viagra Boys, Welfare Jazz. Jest kolejnym rozdziałem psychodelicznej sagi kreowanej przez muzyków ze Sztokholmu. Czym nowe wydawnictwo wyróżnia się na tle pierwszych płyt 2021?

Album Welfare Jazz na Spotify

Od swoich początków w 2015, Viagra Boys zwracali uwagę swoim szaleńczym stylem i ekspresją muzyczną. W ciągu niecałych 5 lat udało im się nagrać 2 albumy oraz kilka EPek, które złożyły się na relatywnie pokaźny katalog hipnotycznie pulsujących utworów. Proponowana przez Szwedów mieszanka gitarowego grania oraz saksofonowych improwizacji była zręczną próbą balansowania pomiędzy chaotycznym jazgotem, a organiczną całością. Ich utwory przepełnione były ironią i czarnym humorem. W absurdalny i estetycznie obrzydliwy sposób opowiadały o rzeczach trywialnych oraz śmiały się z ustalonych konwenansów. Przedstawiane przez Viagra Boys historie zdawały się mieć także pewien rys autoironii. Portretowani przez nich mężczyźni to leniwe i zdegradowane wyrzutki, stworzenia nieprzystosowane do życia. Jak nowy album wypada na tle dotychczasowego dorobku zespołu?

W porównaniu do Street Worms z 2018, Welfare Jazz może wydawać się bardziej stonowanym albumem, zarówno pod względem instrumentalnym, jak i lirycznym. Wydawnictwo składa się z 13 kompozycji, trwających w sumie około 40 minut. Przy okazji nowego krążka,  muzycy pozwolili sobie na większą przestrzeń soniczną oraz strukturalną – utwory cechuje zróżnicowanie stylistyczne, a interludia stanowią oddzielną całość.

Narracyjnym motywem przewodnim na Welfare Jazz jest osobliwa relacja miłosna protagonisty i jego oblubienicy. Najbardziej wyraźny wpływ od strony muzycznej stanowi natomiast szeroko pojęte country. W połączeniu z cechami stanowiącymi oryginalny dźwięk zespołu, ulega znacznemu zniekształceniu oraz staje się świadomym pastiszem.

Utworem, który najbardziej uwydatnia obie cechy konstytutywne krążka, jest In Spite of Ourselves, będący coverem przeboju Johna Prine’a. Oryginalnie, legenda sceny country wykonywała go z Iris DeMent. W wykonaniu Viagra Boys, przewrotny dialog kochanków staje się rozmową wokalisty, Sebastiana Murphy’ego, z gościnnie występującą Amy Taylor z australijskiej grupy Amyl and the Sniffers. Jako ostatni i najdłuższy kawałek na albumie, In Spite of Ourselves nie służy jedynie jako hołd w stronę zmarłego w kwietniu muzyka. Jest podsumowaniem wykręconej, surrealnej podróży, której jak zwykle w przypadku VB  towarzyszą krewetki oraz psy. I chłopcy. I dziewczyny. I narkotyki.

Oprócz chwytliwego coveru, singlami promującymi wydawnictwo były także Ain’t Nice, Creatures oraz Girls & Boys. Wszystkie można by określić mianem hitów z pogranicza post-punka i nowej fali. Ostatni z nich, z nieustająco rytmiczną perkusją oraz saksofonowymi improwizacjami w tle, staje się dynamicznym muzycznie i absurdalnym lirycznie świadectwem paranoi protagonisty albumu. Konceptualnie blisko pozycjonuje się  Ain’t Nice – świetnie skonstruowana piosenka o autodestrukcji, która od pierwszych syntezatorowych dźwięków mimowolnie wkrada się do mózgu słuchacza niczym robak, nie chcąc z niego wyjść. Z kolei Creatures to elektroniczny przebój taneczny o podwodnych stworach, który wpisuje się w satyryczną narrację znaną z poprzedniego dorobku zespołu.

Jeśli chodzi o więcej utworów stylizowanych w pewien sposób na country bądź rock and rolla, na albumie wyróżnia się dynamiczne Toad, szaleńczy pastisz kojarzący się z gatunkiem rockabilly i opowiadający o niezależności zbuntowanego mężczyzny. Co więcej, o nawiązaniach do estetyki amerykańskiej wsi można powiedzieć również w przypadku To the Country, głównie w sferze lirycznej. Kompozycję prowadzi urzekający saksofon, tworząc dość niepokojące, ale niezwykle zachwycające wprowadzenie do finału albumu.

Ponadto, na uwagę słuchacza zasługują 6 Shooter oraz I Feel Alive. Pierwszy z nich to jedyny, prawie 5-minutowy utwór pozbawiony wokali. Jest dobrym przykładem klasycznego instrumentarium spod szyldu Viagra Boys. Jeśli chodzi o I Feel Alive, kawałek stał się hymnem o uzależnieniu, w pigułce podsumowującym pewne tropy znajdujące się na albumie. Z pewnością, w dużym stopniu mógłby wytłumaczyć filozofię muzyków oraz ich programowe założenia estetyczne bardziej zachowawczym i pruderyjnym słuchaczom.

Welfare Jazz zdążył już spolaryzować fanów. Mieszane uczucia, które wyczuwalne są także w recenzjach,są wynikiem rozprężonej formuły wydawnictwa, stawiającej go pomiędzy EPką, a albumem długogrającym. Pomimo fantastycznej produkcji, do gustu części nie przypadł również nowy motyw przewodni. Ponadto, należy powiedzieć, że znajdujące się na krążku przygnębiające teksty zdają się wypływać z innego miejsca niż poprzednio. Bagaż doświadczeń muzyków wpłynął na zmianę brzmienia – to właśnie zwiększona wrażliwość stała się istotnym elementem rozwoju zespołu. Niezależnie od kierunku, w jakim artyści pójdą na produkowanym obecnie trzecim albumie, pozostaje mieć nadzieję, że materiał z Welfare Jazz uda się usłyszeć w aranżacjach na żywo już w maju na koncercie w Warszawie. 



Tekst: Kajetan Chabin