Rainbow-washing i komercjalizacja rewolucji

Rainbow-washing i komercjalizacja rewolucji

Wraz z początkiem czerwca rozpoczęliśmy obchody Pride Month. To w tym miesiącu w 1969 miały miejsce wydarzenia w Stonewall, które tradycyjnie uznaje się za początek ruchu walki o prawa osób LGBT+. Ta rewolucja, która do niektórych miejsc dopiero dociera, na zachodzie weszła już w fazę komercjalizacji.

Pojęcie pink-washing pierwotnie zostało stworzone przez organizację na rzecz walki z rakiem piersi. Miało ono opisać zjawisko wykorzystywania poparcia dla podobnych organizacji w celach reklamowych, przy jednoczesnym wykorzystywaniu rakotwórczych produktów. Termin został jednak szybko zaadaptowany na potrzeby opisania analogicznego zjawiska. Pink-washing zaczęto wykorzystywać opisując firmy, kraje, osoby publiczne itd. wykorzystujące poparcie dla społeczności LGBT+ w celach marketingowych czy poprawy wizerunku.

Resztę artykułu znajdziesz pod postem.

Analogicznym pojęciem jest rainbow-washing. Choć opisuje on to samo zjawisko, robi to w bardziej trafny, a zarazem inkluzywny sposób. Odnosi się bezpośrednio do wykorzystywania symbolu tęczowej flagi na produktach, zmieniania logo marki na tęczowe itp. jedynie w celach promocyjnych. Za przykład niech posłuży jeden z bardziej niezręcznych epizodów kampanii Donalda Trumpa, kiedy cała jego rodzina deklarowała poparcie dla społeczności LGBT. Pojawiały się nawet hasła pokroju Trump Pride.

Oba terminy kontynuują językowy trend modyfikowania pojęcia whitewashing. Ten pierwotnie oznacza ukrywanie niewygodnych faktów o danej osobie czy zjawisku; sprawianie, że coś wydaje się lepsze niż jest w rzeczywistości. Później pojęcie zaczęto wykorzystywać w kontekście praktyki w branży filmowej, polegającej na obsadzaniu białych aktorów w rolach osób o innym kolorze skóry. W analogiczny sposób powstało pojęcie greenwashing, opisujące zjawisko wykorzystywania narracji ekologicznej w marketingu.

Wróćmy jednak do rainbow-washingu – to pojęcie coraz częściej spotykamy w przestrzeni publicznej, szczególnie teraz, gdy wraz z początkiem czerwca nasze sociale zostały zalane tęczą i hasłami poparcia dla społeczności LGBTQIA. I nie zrozumcie mnie źle – dostrzegam ogromną wartość, jaką niesie promocja równości w przestrzeni publicznej. Reprezentacja walczy z poczuciem osamotnienia, pozwala zrozumieć, że jest się częścią ogromnej społeczności, która wspiera swoich członków. Ryzyko pojawia się dopiero gdy marki zaczynają żerować na wrażliwościach konsumentów.

Tak również interpretuje hasło projektu organizowanego w ramach współpracy inicjatywy pozqueer z kolektywem ProgrefonikNie jesteśmy grupą reprezentowaną. Jesteśmy grupą targetową. W wyjątkowo trafny sposób odnosi się on do problemu wykorzystywania tęczy w dobie późnego kapitalizmu, kiedy queerowość została obrandowana i skapitalizowana.

Resztę artykułu znajdziesz pod postem.

Co jednak mamy zrobić z tą sytuacją? Kto powinien być za nią odpowiedzialny? Czy można walczyć z takim zjawiskiem?

W mojej opinii to świadomość skomercjalizowania rewolucji jest wymaga do jej kontynuacji. Uważam, że na jej straży powinna stać przestrzeń medialna, która w odpowiedzialny sposób będzie traktować swoich odbiorców.

Każda symbolika, z którą wiążą się progresywne narracje, pojawi się w końcu w jakiejś kampanii (politycznej czy reklamowej). Jak mamy więc krytykować jej wykorzystywanie? Nie powinniśmy też bezmyślnie zrzucać odpowiedzialności na jednostkę (konsumenta, wyborcę, odbiorcę). To media powinny stanowić ten uświadamiający bufor bezpieczeństwa.