Out of Noise: najciekawsze filmowe eksperymenty 2021

Out of Noise: najciekawsze filmowe eksperymenty 2021

2021 był rokiem wielu oczekiwań.

Widownie miały ponownie wypełnić sale kinowe. Miał być piękny repertuar. Mieliśmy powrócić do festiwali na żywo, tak by energia pięknych spotkań zasiliła nas na nowo. 2021 stał się jednak raczej rokiem przeczekiwań. Limity widowni, seanse w maseczkach, spotkania w dystansie. W efekcie przeczesujemy oferty VOD. Mając wszystkie te kwestie z tyłu głowy, myślę o tym, co filmy zrobiły mojej chęci poznawczej; co pozostawiły w środku, jakie kadry i uczucia pamiętam. Zerkam raczej w to, co zagubiło się gdzieś na marginesach mniej rozchwytywanych i hajpowanych sekcji festiwali pokroju Rotterdamu, Berlinale, Cannes czy Locarno – i widzę sporo kina, z którym dobrze było mi obcować w domowym zaciszu, czy to na ekranie laptopa, czy rzutnika. Prezentuję zatem filmy zrodzone z osobistych potrzeb (np. opowiedzenia historii wykluczonych lub przemilczanych), czy z poczucia przynależności lub potrzeby wypełnienia braku; jak i projekty rozliczające się z traumami, z współczesną rzeczywistością – nieraz i tą covidową. Jeśli bliskie wam kino, które poszukuje – to zapraszam do szukania tych tytułów na festiwalach i platformach VOD w najbliższej przyszłości, w 2022.

A Night of Knowing Nothing (reż. Payal Kapadia, Indie 2021)

Kadr z filmu A Night of Knowing Nothing

Niezwykły dokument, film-esej, który w migawkach i fragmentarycznych sekwencjach opowiada prawdziwą historię niespełnionej miłości – studentki indyjskiej filmówki i jej chłopaka pochodzącego z niższej kasty. Nie mogą być ze sobą, bo rodzice dziewczyny na to nie pozwalają. Poznajemy ich losy poprzez narrację listów; towarzyszą temu obrazy z archiwów znalezione przez Kapadię w odmętach filmowego instytutu w Indiach, na którym studiowała zresztą dziewczyna. Z prywatnej historii powoli przechodzimy w skalę makro. Na wierzch wypływa ruch anty-kastowy, przemierzamy obrazy buntu i niezgody. Wybrane przez Kapadię fragmenty tworzą osobliwy kalejdoskop uczuć, przepiękny mariaż efemerycznych doznań, w których pływamy jak w vintage’owych pocztówkach. Odkrywamy przy tym niezwykłe niuanse – o przemocy, o kontekstach indyjskiego systemu kast, o nieudanej rewolcie, o kryzysie męskości; stajemy się zdystansowanymi uczestnikami kolektywnej historii, strasznej, ale ulotnej i pięknej zarazem.  

A River Runs, Turns, Erases, Replaces (reż. Zhu Shengze, Chiny, USA, 2021)

Kadr z filmu A River Runs, Turns, Erases, Replaces

Wuhan. Miasto, które zmienia się z dnia na dzień. Tak brzmi zresztą motto miejskiej polityki – „Wuhan. Different Every Day”. Co było tydzień temu, dziś już najpewniej przykryte zostało pyłem pędzącej modernizacji. Bezlitosny moloch, przestrzeń codziennego performansu okrucieństwa – wraz z rozwijaniem futurystycznej tkanki miasta, wymazywane są wspomnienia, ludzie i ich historie. My znamy Wuhan z oczywistego powodu – to tam zaczął się kolektywny covidowy koszmar. Zhu Shengze, urodzona i wychowana w Wuhan, ustawia czułe spojrzenie na miasto znane przez nas z wiadomych nagłówków. Szeptem odczaruje widmo covidowej klątwy, pisze list do miasta i do rzeki czasu. Zatapia senne spojrzenie na paradoksy miejskich marginesów – kaczki stadnie nadzorują przebieg budowy, mężczyźni płyną pod prąd Jangcy, a pod jednym z licznych mostów dogorywa samotność. Niezliczona ilość szeptów życzeniowego myślenia – niech czas stanie choćby na moment? Pomiędzy ważne dla siebie miejsca, punkty na wyblakłej mapie wspomnień, Zhu wplata poezję odchodzenia – listy do tych, których zgarnęło żniwo zmian. Gdy duchy przeszłości przejmują przestrzeń audialną, to przyszłość figuruje w wizualnym: miasto zachwyca panoramą neonów, niezliczone mosty prowadzą w nieskończoność, a Jangcy zdaje się prezentować wprost przepięknie pośród wielkomiejskiej różnorodności. Wtóruje w tym publika, nieco zgaszona, zdystansowana, niepewnie obserwująca spektakl industrialnego imperializmu. Tkwią w medytacji, kontemplują pozostałości miejsc, resztki ich przynależności. Nie wiadomo przecież, jak długo będzie im dane się nimi cieszyć. 

Delphine’s Prayer (reż. Rosine Mftego Mbakam, Belgia, Kamerun 2021)

Kadr z filmu Delphine’s Prayer

W dokumentalnym pod-gatunku „gadających głów” trudno o formalną innowacyjność. Tutaj szokować może jedynie szczerość i oddanie względem prezentowanych historii. Ta tutaj, stworzona ascetycznym sumptem przez kameruńską dokumentalistkę Rosine Mbakam, to testament kameruńskiej pracownicy seksualnej, której ciało było jedynym narzędziem ratunku od 13 roku życia, gdy po raz pierwszy została zgwałcona. „To twoja wina”, powiedział jej wtedy ojciec, gdy Delphine płakała u jego stóp. To było chwilę po tym, gdy zmarła jej matka, a dziewczyna musiała zarobić na swoje młodsze rodzeństwo – na ulicy. Tak poznaje znacznie starszego Belga, który obiecuje jej lepsze życie na starym kontynencie. Delphine patrzy na swoje doświadczenia z perspektywy wielu lat. Nie znalazła swojego belgijskiego raju, bo stale musiała się mierzyć z piętnem seksualnej kolonizacji, patriarchalnym więzieniem, w którym tkwi wiele innych kobiet z Afryki. Im także obiecano lepsze życie. Delphine jest charyzmatyczna, ma niezwykłą iskrę do opowiadania swojej historii – historii równie prywatnej, co stanowiącej skumulowany głos innych ofiar przemocy. Obcowanie z nią przypomina „Dom Wandy” Pedro Costy; to doświadczenie szczerych wyznań, bezpardonowego patrzenia na świat, w którym utraciło się wszystko, ale jeszcze tli się oddech, by poczuć wszystko, na nowo.

Haruhara-san’s Recorder (reż. Kyoshi Sugita, Japonia 2021)

Kadr z filmu Haruhara-san’s Recorder

Sugita to dla mnie tegoroczne odkrycie pośród japońskich poetów codzienności. Zdaje się, że nie tylko dla mnie, bo w filmie zakochał się też Lav Diaz – Haruhara-san’s Recorder otrzymał nagrodę na festiwalu w Marsylii, gdzie filipiński twórca zasiadał w jury. Film Sugity to kino prostych obserwacji, zlepek codziennych zdarzeń, które wskazują na jakże cieszący serce widok – magię spotkań. Główna bohaterka, 24-letnia Sachi, decyduje się na nagłe zmiany w życiu. Przeprowadzka, zmiana pracy. Pół etatu w spokojnej kawiarni, nowe mieszkanie po panie Haruharze, po którym został flet. W pracy Sachi obserwuje cudze historie, w domu zaś wracają jej obrazy z dawnej relacji z Yuki, przyjaciółki, która popełniła samobójstwo. Jest też tajemnicza piosenka, która stanie się spoiwem dla przypadkowych postaci. W próbie pogodzenia się ze stratą, Sugita opowiada o tym, jak wiele historii istnieje w ludziach, których mijamy bez refleksji. To wizja nieco cheesy-romantyczna, ale ja się w tym absolutnie odnajduję i zatapiam. Obserwuję Sachi, gdy lawiruje pomiędzy nagraniami, wspomnieniami, przemierza rzeczywistość krokiem senno-zamaszystym. Nie do porównania są rejestry i zapiski. Liczy się, tu, teraz. 

Madalena (reż. Madiano Marchetti, Brazylia 2021)

Kadr z filmu Madalena

Gdyby Bruno Latour mógł nakręcić film z Apichatpongiem Weerasethakulem, a jego tematyką byłaby sytuacja osób wykluczonych ze środowiska queerowego w Brazylii, których sytuację poznajemy przy okazji kontekstu gospodarczego kolonializmu, to tak powstałaby Madalena Madiano Marchetiego. Film ukazał się jeszcze na chwilę przed zaostrzeniem praw wobec społeczności LGBTQ+ w Brazylii i dziwi mnie, że nie odbił się większym echem na festiwalowym krajobrazie. W nieśpiesznej narracji poznajemy losy Madaleny – ale poznajemy ją poprzez brak jej obecności. Nie wiemy do końca co się z nią stało, ale zakładamy najgorsze; fatalizm wypełnia pustką przepastne kadry brazylijskich krajobrazów, które mówią nam o jeszcze jednej tragedii – kapitalizmu. Zniknięcie Madaleny spaja trzy inne historie i poprzez drgania społeczności małego miasta, jest nam dane obserwować obraz mikro-przemocy, wykluczenia i strachu. Ostatnie sekwencje filmu przypomniały mi o błogim azylu natury z Blissfully Yours Apichatponga; z tą jednak różnicą, że u Marchetiego błogość przesycona jest niezwykłym, podskórnym lękiem – czujemy, że poza rajską zielenią i płynącym strumieniem rzeki, gdzieś dalej czeka coś bardzo złego.

The Sacred Spirit (reż. Chema García Ibarra, Hiszpania, Francja, Turcja 2021)

Kadr z filmu The Sacred Spirit

Hiszpańska drama o zagubieniu w ezoteryce, która tkankę magicznych wierzeń przenosi na krzykliwą estetykę obrazu. To jak Moda na sukces, tylko o tym, jak bardzo ludzie pogubili się w rzeczywistości dziwnych przekonań. Przestrzenie wypełnione są ezo-maryjkami, miniaturkami kiczowatego absolutu, zdjęciami spodków UFO, faraonami na tle piramid; w tle lecą programy o uwierzeniu w coś więcej, w coś, w co bardzo wierzą bohaterowie filmu Ibarry – ufologicznego ugrupowania, które spotyka się co tydzień, by przedyskutować strategię funkcjonowania pozaziemskich bytów. Nagle umiera ich duchowy przewodnik, co wybudza ich ze spokojnej rutyny. Ibarra tworzy osobliwą galerię postaci, które zastygają w obcości, dziwnych ustawieniach, jakby zwykła codzienność miała być czymś przereklamowanym. To uniwersum niezwykłych dziwaków, którzy odgrywając swój teatr dziwaczności, mówią nam nieco o współczesnej Hiszpanii – oto zniknięcie osoby może zostać zestawione z działalnością kosmitów. A czy w to uwierzymy, czy nasycimy się dziwnością – spektakl Ibarry jest nieznacznie bardziej wyrafinowany niż pokazy wróżbity Macieja, istny arthouse wśród wróżbitów. 

Witches of the Orient (reż. Julien Faraut, Francja, Japonia 2021)

Kadr z filmu Witches of the Orient

Faraut dłubie w archiwach z treningów i zapisków meczy tytułowych „Wiedźm z Orientu”, których siatkarski win-streak dobił znakomitej liczby 258 (wliczając w to złoty medal na Igrzyskach w Tokio w 1964). Na ziarnistej taśmie obserwujemy trening – choreografię wysiłku, taniec sportowej śmierci. Maszyny są gotowe do działania. Pomiędzy ruch ludzki, wpleciony zostaje ambient fabryki. Obraz operujących marionetek zestawiony jest z maszynami tekstylnymi. Szybki krok zawodniczek odbija się w precyzji przędzenia bawełny, stopa przy linii, materiał przy metalu. Krautrockowe, mechaniczne brzmienie i tempo cyrkulującej przestrzeni industrialnej znajdują swój odpowiednik na boisku. Demoniczny trener – weteran, który wrócił z wojny z birmańskiej dżungli – kieruje swą batutą zespół amatorskiej drużyny z fabryki w Osace. Najpierw odniosą sukces w kraju, następnie zaczarują cały świat. Witches of the Orient to niezwykłe połączenie archiwalnych materiałów (tych pokazujących absolutnie szokujący dziś wysiłek w trakcie treningu) z teledyskową precyzją, jak i zabawa intermedialnością. Pomiędzy archiwa meczów, Faraut wmontowuje fragmenty japońskich animacji, które powstały w wyniku fenomenu „Wiedźm z orientu”. Z jednej strony dokument o historii sukcesu i ekscesie trudu, jaki trzeba w niego włożyć; z drugiej zaś, filmowa zabawa fakturą obrazu i ćwiczenie z narratologii. 

Tekst: Łukasz Mańkowski

Krytyk filmowy, tłumacz jęz. japońskiego, konsultant festiwalowy, doktorant wydziału Artes Liberales, gdzie przygotowuje pracę o japońskim kinie nowofalowym i prowadzi zajęcia o kinie azjatyckim. Pisze dla: MUBI, Sight & Sound, Senses of Cinema, Asian Movie Pulse, Czasopisma EKRANy, dwutygodnika, a na co dzień promuje kino azjatyckie na swoim blogu, „Kinema Chromatica”. Uczestnik wielu warsztatów dla krytyków filmowych, m.in. IFFR Young Critics. Stale współpracuje z festiwalami Nowe Horyzonty i Pięć Smaków.