„Drunk Tank Pink”, czyli ciemne chmury nad Luton

„Drunk Tank Pink”, czyli ciemne chmury nad Luton

Po 3 latach i 3 dniach Shame powrócili ze swoją drugą płytą, Drunk Tank Pink. Krążek post-punkowego zespołu z Londynu ukazał się 15 stycznia. W jaki sposób buduje tożsamość grupy i co mówi o  mroczniejszej stronie muzyków?

Aby lepiej zrozumieć nowe dzieło Londyńczyków, należy jednak cofnąć się o krok wstecz. Debiut z 2018, zatytułowany Songs of Praise, można by określić mianem projektu niedocenionego. Album był kolekcją dobrze skomponowanych, chwytliwych utworów. Odznaczał się materiałem przyjemnym dla ucha, szczególnie dla słuchacza nieobeznanego  z popularnym obecnie nurtem post-punk revival. Z drugiej strony, bardziej wymagający odbiorca zarzuciłby Shame ograniczone podejście do tematu oraz wtórność proponowanych przez zespół rozwiązań. Co istotne, kawałki cechowało coś na kształt pogodnej żywiołowości, pomimo okazjonalnie występujących, bardziej stonowanych kompozycji. Na dokładkę, na samej okładce Songs of Praise widnieje pięciu gości stojących w parku, którzy trzymają w ramionach trzy rozkosznie wyglądające prosiaki.

Drunk Tank Pink okazuje się jednak zupełnie inną parą kaloszy. Można powiedzieć, że odejście od pierwotnej estetyki grupy wyczuwa się na każdym kroku. Odmienną atmosferę towarzyszącą nowemu projektowi zauważymy już po spojrzeniu na okładkę. Przedstawia ona dwa czarno-białe zdjęcia portretowe Lenina, utrzymane w minimalistycznej tonacji.

Kolejnym zaskoczeniem okazują się cztery single promujące album. O ile Alphabet, pomimo wprowadzającej, agresywnej gitary, nie przekonuje przy pierwszym spotkaniu, ostatecznie spisuje się świetnie jako utwór rozpoczynający płytę. Lepiej wypada Water in the Well , który zapowiada eksperymentatorskie, dynamiczne przejścia na albumie. Jednocześnie singiel przypomina o niewinności zespołu z czasów pierwszego projektu. Najbardziej niezwykłym kawałkiem jest jednak Snow Day, ponad pięciominutowa kompozycja o nieustannie zmieniającym się kolorycie. Najpełniej wyraża elementy stanowiące krążek. Z początkiem roku, grupa podzieliła się ze słuchaczami również utworem Nigel Hitter.

Drunk Tank Pink składa się z 11 kompozycji, trwających w sumie 41 minut. W jaki sposób album miesza starą, optymistyczną stylistykę, z nowym, bardziej zniekształconym brzmieniem? Jeśli pokusić się o pewne uproszczenie, druga połowa krążka prowadzi słuchacza w mroczniejsze miejsca. Z niemałą korzyścią dla wydawnictwa.

Nie mniej jednak, jedną z pierwszych kompozycji jest prawdziwie zaskakująca Born in Luton. To potężnie przygnębiająca opowieść o wewnętrznych niepokojach jednostki pozbawionej nadziei. Określona jako najbardziej oryginalna, stała się ulubionym utworem na płycie zarówno fanów Shame, jak i słuchaczy wcześniej niezaznajomionych z twórczością zespołu. Kawałek zachwyca przede wszystkim swoją warstwą instrumentalną. Zarówno kilkukrotne zmiany tempa grania, jak również nawarstwienie ścieżek muzycznych, tworzące uczucie przytłoczenia i miażdżącego hałasu (szczególnie odczuwalnego pod koniec), są wyraźnym nawiązaniem do estetyki post hardcore’u. Utwór zahacza zatem o stylistykę, która w mniej lub bardziej oczywisty sposób wpływa na brzmienie całego krążka. Jest zatem w pewnym stopniu, obok wspomnianego Snow Day, kwintesencją tropów muzycznych projektu. Jeśli mielibyście przesłuchać tylko jednego utworu z Drunk Tank Pink, sięgnijcie właśnie po Born in Luton.

Zasłużone miejsce obok niego zajmuje również 6/1, uzależniająco energetyczny kawałek w podobnej stylistyce. Prawdziwa bomba upakowana w formacie dwu i pół minutowego przeboju. Co znamienne, kompozycja niezwykle płynnie przechodzi w Harsh Degrees, najbardziej elektroniczny utwór na albumie. Warto wspomnieć również o Human, for a Minute. To kawałek z psychodeliczną gitarą prowadzącą, która kojarzy się z charakterystycznie kwaśną stylistyką australijskiej grupy Tropical Fuck Storm 

Nie byłoby dobrej płyty bez wielkiego finału. Station Wagon, podobnie do kończącego Songs of Praise utworu Angie, to prawie siedmiominutowe outro albumu. W przeciwieństwie do pierwowzoru jednak, już w połowie trwania nie pozostawia słuchaczowi żadnych złudzeń – dalszy rozwój kompozycji to gradacja nieuchronnego chaosu. Niezwykle wymowne i dosadne zakończenie.

Drunk Tank Pink okazuje się być złym bratem bliźniakiem debiutu Shame – mroczniejszym, głośniejszym, wyrazistszym. Patrząc na oba projekty, trudno czasem uwierzyć, że składają się na twórczość jednego zespołu. Może należałoby interpretować je jako dwie skrajne natury jednego bytu. Skoro tak, czy nowy album będzie stanowił zaledwie pewną część jego tożsamości? Czy może, wręcz przeciwnie, stanie się dominującą siłą w nadchodzących projektach? Odpowiedzi należy wypatrywać w następnym wydawnictwie.



Tekst: Kajetan Chabin