„Bright Green Field”, czyli jednostka przytłoczona

„Bright Green Field”, czyli jednostka przytłoczona

Pierwsza połowa 2021 rozpieszcza fanów brytyjskiego punka nowej generacji. Jednym z bardziej wyczekiwanych albumów ostatnich miesięcy był debiut grupy Squid, który ukazał się 7 maja nakładem Warp Records. W jakie rejony zespół z Brighton prowadzi słuchacza przy okazji krążka?

Głównym tematem Bright Green Field został opis kondycji ludzkiej w dystopijnym społeczeństwie. Towarzysząca jednostce samotność przedstawiona została zarówno jako wynik świadomego, egoistycznego wyboru, jak również konsekwencja życia w opresyjnym, kapitalistycznym środowisku. By wciągnąć słuchacza do surrealistycznego świata, zespół sięga po narracyjny trop ciągle zmieniającej się przestrzeni na granicy snu i jawy. Tak poprowadzony motyw wymagał od muzyków bardziej swobodnej kompozycji poszczególnych utworów, które składają się na dość luźnie interpretowalną całość. W porównaniu do dotychczasowego dorobku grupy, muzyka na Bright Green Field wydaje się pochodzić z kreatywnej przestrzeni o ton ciemniejszej niż wcześniej. Za inspiracje posłużyły zespołowi m. in. krajowa literatura kontrowersyjnej Anny Kavan czy prace J.G. Ballarda.

Od strony muzycznej, materiał na płycie jest połączeniem stylistyki znanej z post-punka, art punka oraz szeroko pojętego rocka eksperymentalnego. Na albumie szczególnie charakterystyczne są także wpływy Talking Heads czy Radiohead. Co istotne, pomimo że w skład zespołu wchodzi 5 muzyków, za bogate brzmienie debiutu grupy odpowiedzialni są także artyści grający na instrumentach nie kojarzonych ze sceną punkową. Są to m. in. trąbka, puzon, saksofon (Lewis Evans z Black Country, New Road), a także instrumenty smyczkowe. Producentem albumu jest Dan Carey, który współpracował z grupą przy okazji EPki Town Centre z 2019, odpowiedzialny w ostatnich latach również za dźwięk zespołów black midi i Fontaines D.C., Caroline Polachek czy Kae Tempest.   

Wydawnictwo promowały trzy długie single, dostępne na platformach streamingowych zarówno w wersjach oryginalnych, jak i w edycjach skróconych. Są one na pewno jednymi z bardziej solidnych pozycji na krążku. Narrator to progresywna perła w koronie albumu, świetnie zrealizowane starcie muzycznych przeciwieństw z niespodziewanym finałem w postaci przejmujących krzyków gościnnie występującej Marthy Skye Murphy. Pierwszemu utworowi zapowiadającemu krążek towarzyszył surrealistyczny teledysk autorstwa Felixa Geena, artysty odpowiedzialnego także za glitchową okładkę projektu. Paddling to z kolei bardziej przystępny przykład chwytliwego art punkowego hitu o złożonej naturze. Jest połączeniem przyjemnie grającej w tle sekcji instrumentalnej oraz wokali wspierających, rozdzieranych melodyjnym krzykiem lidera zespołu, Olliego Judge’a. Wszystko w formie przyspieszającej w czasie muzycznej gonitwy. Jeśli chodzi o Pamphlets, utwór posłużył jako wyśmienite, katartyczne zakończenie albumu – proste w warstwie lirycznej, organicznie zmienne, z wydłużoną, surową końcówką. Tak wyegzekwowana fuzja dźwięków wywołuje mnogość emocji, momentami jest wręcz wzruszająca.

Resztę artykułu znajdziesz pod filmem.

Pozostałymi kompozycjami, na które warto zwrócić uwagę w pierwszej części projektu, są G.S.K. oraz Boy Racers. Pierwsza z nich następuje po krótkim, zniekształconym intrze w postaci Resolution Square. Jest wysmakowaną zapowiedzią materiału znajdującego się na płycie za sprawą płynącego saksofonu, niedającego się podporządkować mechanicznym ruchom pozostałych instrumentów. Boy Racers natomiast pozwala słuchaczowi nabrać trochę oddechu. Ponad połowa kawałka okazuje się bowiem długim, złowieszczym ambientem. Outro za pierwszym razem zaskakuje, może nawet rozczarowuje. Po dłuższej refleksji okazuje się jednak fragmentem nie tylko satysfakcjonującym, ale i potrzebnym dla wydźwięku całego albumu.

W drugiej części Bright Green Field słuchacz zostaje skonfrontowany z 2010, najbardziej intymnym i melancholijnym utworem na krążku. Jego alternatywny charakter odróżnia go od pozostałych kompozycji i każe zastanawiać się nad przyszłością zespołu, którego dojrzały dźwięk może przejawiać się w podobnie określonej formie. Ważny moment na albumie tworzy także organiczne połączenie The Flyover oraz Peel St., gdzie pierwszy z kawałków, służący za pewnego rodzaju interludium w ujęciu całego projektu, gładko przechodzi w drugi. Otrzymana mieszanka wzmacnia doznania płynące z dziewiątego utworu, który w efekcie staje się prawdziwym sonicznym rollercoasterem. Już sam Peel St. może przyprawiać bowiem o zawrót głowy za sprawą trzech odmiennych faz, fragmentów o konfliktowej naturze stopionych w jedno w obrębie kompozycji.

Przedostatnim utworem na debiucie Squid jest z kolei Global Groove, zaklinający słuchacza w pulsujący, psychodeliczny taniec. Przy okazji kawałka po raz kolejny na uwagę zasługuje wymowna gra saksofonu. W ostatniej części kompozycji instrument zwalnia pole samotnej gitarze akompaniującej zniekształconym głosom, które trafnie oddają podejście do tragedii dnia codziennego w erze informacyjnego przebodźcowania.

Niestety, pomimo świetnej produkcji i na ogół solidnego materiału, do pewnego stopnia album nie spełni oczekiwań słuchaczy zachwyconych wyśmienitymi singlami. Można powiedzieć, że oprócz utworów promocyjnych, poszczególne kompozycje na płycie same w sobie nie zaskakują niczym nowym. Pewnego rodzaju zmarnowaną okazją był chociażby Documentary Filmmaker. Trudno uwierzyć, że zespół nie wykorzystał potencjału niesamowicie chwytliwej gradacji w połowie utworu, kończąc  go w tak niecharakterystyczny sposób.

Niemniej jednak, o ile Bright Green Field nie zawsze dostarcza tylu wrażeń w postaci oddzielnych utworów, album broni się jako całość. Jego narracja, pomimo prostej z pozoru warstwy lirycznej, w istocie pełna jest kulturowych nawiązań. Z racji obranych przez Squid rozwiązań kompozycyjnych oraz luźnego tematu przewodniego, projekt jawi się jako wciągająca opowieść o kondycji ludzkiej i współczesnych niepokojach społecznych.

Tekst: Kajetan Chabin