Baśń o szlachetnym deweloperze – największa akcja przesadzania drzew w historii Warszawy

Baśń o szlachetnym deweloperze – największa akcja przesadzania drzew w historii Warszawy
Źródło: Wikipedia Commons

Drzewa to istotni bohaterowie współczesnej debaty publicznej. Zazwyczaj słyszymy o nich w kontekście wycinki i utraty naturalnego dziedzictwa. Ale może w Polsce dzieją się bardziej pozytywne historie? I czy zawsze rezygnacja wycinki to całkowity happy end?

Ostatnie tygodnie i miesiące dają denialistom klimatycznym pole do popisu: doświadczyliśmy epizodu porządnej zimy, wiosna zagroziła raczej starymi, dobrymi podtopieniami, niż suszą, a przynależne nazwom miesięcy garniec i przeplatanie zimy z latem są dokładnie ilustrowane widokiem przez okna. Można zaryzykować twierdzenie, że wszyscy odczuwamy niedosyt słońca i temperatury, choć doskonale wiemy, że gdy dosięgnie nas fala upałów, z rozrzewnieniem wspomnimy kwietniowe deszcze.

Drzewa, deweloperzy, miejskie wyspy ciepła i beton to słowa-klucze polskiej odmiany dyskursu ekologicznego. Kilka dni temu obchodziliśmy Dzień Ziemi, Joe Biden zorganizował szczyt klimatyczny, a w mediach na okrągło czytamy doniesienia o kolejnych aktach wojny polityków, deweloperów, aktywistów i, last but not least, przyrody. Analizy tych ostatnich dokonał Jan Mencwel w głośnej Betonozie – książce opisującej anachroniczne i przeciwskuteczne trendy “rewitalizacji” przestrzeni publicznych, operującej licznymi przykładami z całego kraju. W obrębie Warszawy można przywołać afery dotyczące Kamionka, otuliny Jeziorka Czerniakowskiego, czy klasyczny już przypadek mokotowskiego osiedla Marina postawionego beztrosko w jednym z klinów napowietrzających, czyli promieniście rozchodzących się od centrum pasów zieleni, mających oczyszczać miejskie powietrze. Dla zainteresowanych dodam, że właśnie rozpoczyna się walka o kolejny wartościowy obszar, tym razem tuż za granicami miasta – Stawy Raszyńskie. Petycje w tej sprawie znajdziecie TUTAJ.

Wobec zagrożenia, jakie niosą dla miejskiej przyrody polityki deweloperów, a często też samorządów, wydaje się, że jaskółki nadziei zasługują na jak największy rozgłos. Dlatego zainteresowały mnie wieści z biznesowego obszaru Woli – tego aspirującego do miana warszawskiego City.

W warszawskiej Wyborczej, jak również w serwisach architektonicznych i budowlanych, można natknąć się na informacje o “wielkiej operacji” na Placu Europejskim. Mowa o przesadzeniu 42 metasekwoi z sąsiedztwa wieżowca Warsaw Spire na Pole Mokotowskie. Drzewa tworzyły tam zagajnik sięgający 10-12 metrów wysokości. Dlaczego musiały zniknąć? Firma Ghelamco, odpowiedzialna za postawienie wspomnianego drapacza chmur, zdecydowała się na zbudowanie kolejnego tuż obok. Podziemna część budynku o nazwie The Bridge kolidowałaby z systemami korzeniowymi metasekwoi.

Ratusz chwali się, że to pierwsza tak duża operacja, a młode, sześcioletnie drzewa mają duże szanse przyjąć się w nowych warunkach. Oprócz tego Ghelamco zobowiązało się do nasadzenia 115 drzew na Woli. Brzmi szlachetnie, nieprawdaż?

Jest jednak druga strona medalu. Nazwa metasekwoje brzmi egzotycznie, bo i takie są same drzewa. W Polsce występują głównie w ogrodach botanicznych, ze względu na walory estetyczne – ich igły, latem zielone, jesienią stają się złoto-czerwone. Wykazują się też dużą odpornością, co dobrze wróży ich dalszemu życiu na Polu Mokotowskim. Na Placu Europejskim posadził je za to nikt inny, jak firma Ghelamco.

Oczywiście przesadzenie, zamiast wycinki, z naddatkiem w postaci nasadzeń zastępczych, z perspektywy miasta jest bardzo korzystne, można nawet stwierdzić, że etyczne. Nie zmienia to jednak faktu, że motywem tej decyzji jest postawienie w miejsce deweloperskiego parku kolejnego drapacza chmur – świątyni biznesu, wzmagającej dominację jej podobnych w miejskim krajobrazie, wymagającej olbrzymich nakładów materiałowych, oraz energii do jej prawidłowego funkcjonowania.

To wszystko nie jest już tak wesołe w kontekście kryzysu klimatyczno-ekologicznego. Tim Snelson, inżynier i konsultant budowlanego giganta Arup, wykazał, że wieżowce generują średnio dwa razy większy koszt ekologiczny, niż dziesięciopiętrowe budynki o podobnej powierzchni użytkowej. Stabilność smukłej konstrukcji wymaga użycia ogromnej ilości betonu i stali, a jej obsługa jest o 20% bardziej kosztowna środowiskowo, niż w przypadku niższych odpowiedników – m.in. za sprawą energetycznego zapotrzebowania wind.

Przesadzenie metasekwoi to ładny gest, ale jego korzystny wpływ na klimat to nic w zestawieniu z ceną, jaką planeta płaci za wysokościowe ambicje deweloperów. Dane liczbowe są miażdżące – według pomiarów Uniwersytetu w Helsinkach pełnowymiarowe drzewo pochłania 6-7 kg  dwutlenku węgla rocznie, zatem w przypadku 42 metasekwoi mówimy o 240-280 kilogramach.

Tymczasem, jak w 2019 donosił brytyjski The Times, słynny londyński wieżowiec o kształcie ogórka – The Gherkin, emituje rocznie 1640 ton CO2. Warto zaznaczyć, że powierzchnia i wysokość The Gherkin są prawie identyczne, jak w przypadku wznoszonego właśnie The Bridge. Aby wyrównać bilans do zera, Ghelamco musiałoby zasadzić ponad 250 tys. pełnowymiarowych drzew. Przypomnę, że w tych kalkulacjach uwzględniamy wyłącznie roczną emisję, pomijając zupełnie koszt budowy. Podsumowując – posadzenie przez dewelopera estetycznego zagajnika, by następnie przenieść go w inne miejsce, wobec budowy kolejnego wysokoemisyjnego molocha ciężko nazwać inaczej, niż greenwashingiem.

Pozostaje też gorzka refleksja, że w prawie osiemdziesięcioletniej historii współczesnej, powstałej z gruzów Warszawy, nikt dotąd nie zdecydował się na tak ambitne przedsięwzięcie mającą na celu zachowanie przy życiu pełnowymiarowych drzew. Cóż, lepiej późno, niż wcale. Miejmy nadzieję, że doczekamy się takich działań w oderwaniu od rozwoju prywatnego biznesu. Okazji jest wiele – ważą się chociażby losy alei lip na stołecznej ulicy Gagarina, którą mają pobiec tory tramwajowe.

Odnotowujmy przypadki dbałości o środowisko i róbmy, co w naszej mocy, by z pojedynczych sytuacji zmieniły się w regułę.




Tekst: Janek Zagdański